Po ostatnich opadach pozostało już tylko wspomnienie, jednak w niektórych zakamarkach Tatr pożądany przez nas puszek jeszcze się uchował. Postanowiliśmy że udamy się na jego poszukiwanie, za cel obraliśmy północny stok Salatyna
Prognozy pogody zapowiadały piękną pogodę, widok z kamer dostarczył pewności że pokrywa śnieżna jest odpowiednia. Rano o godzinie szóstej umówiliśmy się na granicy w Chyżnem skąd dalej razem pognaliśmy do Zuberca. Tam z samochodu przesiedliśmy się na wyciąg krzesełkowy którym dostaliśmy się w górne partie Spalonej Doliny skąd dalej na fokach i rakietach, mieszaną, snowboardowo narciarsko-speedridingową ekipą udaliśmy się w kierunku celu. czyli przełęczy miedzy wierzchołkami Salatyna
Salatyn

Po prawie dwu godzinnej, nierównej walce z kosówką dostaliśmy się pod stok Salatyna
Przejście Spaloną Doliną

Gdzie urządziliśmy sobie mały biwak
Ekipa Powdera

Po tej krótkiej jakże przyjemnej przerwie rozpoczęliśmy mozolne podejście. Snieg był wyśmienity około 40 cm siadniętego puchu na twardym podkładzie, może nie były to wymarzone warunki do podejścia ale jeśli chodzi o zjazd to już sytuacja była wprost odwrotna.
Podejcie na Salatyna


W pobliżu grani warunki już nie były tak miodne, śnieg z puchu zamienił się w twardą nie przyjemną skorupę, która co prawda ułatwiała podejście ale również sprawiała że zjazd w tym miejscu zapowiadał się daleki od ideału.
Na przełęczy, gdzie urządziliśmy sobie przerwę przed jazdą panował spory tłok
Przłęcz po szczytem

Widoki z góry wynagrodziły trudy podejścia, a czekający nas zjazd był mega bonusem :)
Po krótkiej przerwie nie tracąc zbytnio czasu zapieliśmy narty, snowboardy i pognaliśmy na dół



Tekst i zdjęcia
Jan Olszyński