Karyntia- moc możliwości


07.04.2011
Miejscówki

Zima jaka była tego roku, każdy wie. Kto się załapał na grudniowy opad ten powąchał choć trochę puchu. Potem była już tylko wyczekiwanie. Jak się to wszystko skończyło też wie prawie każdy. Lepiej już do tego nie wracajmy i miejmy nadzieję, że w przyszłym roku rekordowe opady, jakie tej zimy nawiedziły Amerykę Północną dotrą do Europy.

  Aby jakkolwiek ratować sezon postanowiliśmy pod koniec marca uderzyć trzyosobową ekipą w Alpy. Standardowy tydzień na nartach, czyli wyjazd w piątek na noc, powrót tydzień później z soboty na niedzielę – 8 dni na nartach. Nerwowe analizy sytuacji pogodowej i śniegowej trwały do środy. Wtedy pojawiły się pierwsze po długiej przerwie powder-alarmy w Austrii, a dokładnie w okolicach Nassfeld i Molltaler w Karyntii. Decyzja zapadła. Jedziemy bez ciśnienia na puch. Trzeba pozwiedzać „na przyszłość”, poznać ośrodki i tereny. Pogoda miała się poprawić, wszystkie raporty zapowiadały słońce i niestety bardzo wysokie temperatury. Stąd decyzja, że główną bazą będzie Flattach, leżące u stóp lodowca Molltaler i całkiem niedaleko dwóch innych wysoko położonych ośrodków: Ankogel i Heiligenblut. Wysokości powyżej 2 000 m n.p.m. miały nam gwarantować w miarę sensowne warunki do jazdy. Wszyscy byliśmy wyposażeni w foki, więc
chodzenie również wchodziło w grę, ale w przeciwieństwie do freeridowych purystów nam akurat zdarza się i trasą zjechać. Byleby nie była zatłoczona, no i oczywiście musi być w miarę wymagająca i ciekawa.
 
Dzień I – Nassfeld
 
Pierwszą zaletę Karyntii odkryliśmy jeszcze zanim założyliśmy na siebie sprzęt. Dojazd z Krakowa zajął nam tylko 10 godzin z postojami i rekordowo niskim spalaniem. Tam naprawdę jest blisko (poniżej 900 km) i w dodatku dojazd jest bardzo komfortowy. Nassfeld to jeden z największych ośrodków w Karyntii, również dosyć modny (tego słowa nie lubimy ). Wg prognoz zapowiadana poprawa pogody i ocieplenie miało przyjść dopiero od niedzieli, więc celowo rozpoczęliśmy zwiedzanie od ośrodka położonego najniżej spośród wybranych przez nas. Po wyjeździe dwoma gondolkami na samą górę ukazały się naszym oczom całkowicie zaśnieżone zbocza poprzecinane jednak dużą ilością tras.
Szybko uciekliśmy w jedną z bocznych dolin gdzie wg mapki wyciągów było nieco mniej. Okazało się, że wybór był trafny. Dosłownie gdzie okiem sięgnąć, z każdej strony widać było niesamowitą ilość możliwości pozatrasowych o wszelkich konfiguracjach. Od niewielkich żlebów, poprzez ściany o sporej ekspozycji, aż po luźno zalesione dolinki. Wyglądało to jak bajka. Wszystkie te opcje dostępne były z sieci wyciągów. Śnieg wyglądał dobrze i wcale nie tak bardzo rozjeźdżony. Niestety, jak to czasem bywa w takich sytuacjach śnieg tylko dobrze wyglądał. Pech chciał, że po intensywnym opadzie w środę i w czwartek w piątek przyszła odwilż, a w nocy przymrozek. No Pow! Zamiast niego
średnio twarda skorupa zapadająca się przy każdej próbie skrętu. Najgorszy możliwy warun… Zniechęceni wróciliśmy na trasy. Trzeba przyznać, że jest tu bogata sieć tras czerwonych, które czerwone są tylko dlatego żeby nie zniechęcać przyjeżdżających tu rodzin. Wiele z nich ma nachylenie i poziom trudności odpowiadający raczej mocno czarnym. Chłodny wiatr nie odpuścił skorupy w górnych partiach, ale w drugiej połowie dnia dane nam było pośmigać po lesie i polankach położonych nieco niżej. Warunki też były trudne, bo śnieg bardzo ciężki ale i tak było trochę radochy. Myślę, że przy dobrych warunkach śniegowych Nassfeld nie znudziło by się i przez tydzień.  Nieskończone możliwości, które nam dane było tylko oglądać niczym na jakimś folderze. To tak
jakbyśmy pojechali tam bez nart. Prawdziwa tortura.
 
Molltaler Gletscher
 
Po doświadczeniach pierwszego dnia decyzja mogła być tylko jedna. Uciekamy jak najwyżej. Od środowo-czwartkowych opadów na lodowcu cały czas była fatalna pogoda. Mgła i wiatr unieruchomiły prawie wszystkie górne wyciągi, temperatura oscylowała wokół -10 stopni, więc zapowiadane na niedzielę słońce robiło nadzieję na świetny dzień. W krecie prowadzącym do podnóża lodowca było bardzo tłoczno a ilość ludzi z nartami, przy których nasze 100mm mid faty wyglądały jak ołówki, szybko pokazała nam, że nie tylko w Polsce jest tej zimy głód dobrych warunków. Na górze okazało się, że wiatr nie odpuszczał. Wychodzące na szczyt Sharecka krzesełka stały a po ich lewej stronie rozciągała się nieprawdopodobna połać białego, nietkniętego puchu. Postanowiliśmy popróbować linii w dolnej części a potem kleić foki i ruszyć na ten nietknięty teren.  Do południa jeździliśmy więc bardzo długą i stromą ścianą pod gondolą prowadzącą spod kreta. Naprawdę fajny stok, który zarówno tego dnia, jak i przy kolejnych wizytach na lodowcu zjeżdżony przez nas wielokrotnie. Poza krótkim łącznikiem w postaci fragmentu trasy na samej górze w
całości prowadzący offpsite i do tego z kilkoma wariantami zjazdu i dwoma miejscami o poważnym nachyleniu. W momencie gdy siedząc w gondolce opracowywaliśmy plan podejścia na szczyt lodowca naszym oczom ukazał się zaskakujący widok. Krzesło ruszyło! Nie było jeszcze na nim ludzi, ale już był rozruch. Najpierw bardzo się ucieszyliśmy, ale po dotarciu do jego dolnej stacji już zaczęliśmy żałować, że dwie godziny wcześniej nie zdecydowaliśmy się na podejście. Do krzesła już zdążyła dojechać chmara freeridowych sępów, a z każdą minutą dojeżdżali następni. Rozpoczął się prawdziwy wyścig o puch. Z jednej strony nie lubimy tłoków, brr nienawidzimy ich, ale z drugiej strony było to niezapomniane przeżycie jechać tym krzesłem i obserwować jak dziesiątki ludzi pomykają tą
naprawdę wielką białą przestrzenią. Większość z nich podczas zjazdu śmiała się i wydawała z siebie dzikie okrzyki radości. Nie inaczej było z nami. Ta około półmetrowa warstwa puchu była najlepszym warunkiem po jakim dane mi było jechać tej zimy, a trzykilometrowa połać lodowca, to piękny kawał góry. Po pół godzinie ta góra zmieniła się nie do poznania. Po godzinie nie było już na niej nawet skrawka nietkniętego miejsca. Został tylko śnieżny patchwork.  Lodowiec odwiedziliśmy jeszcze dwukrotnie jeżdżąc w bardziej wiosennych warunkach. Poza trasami pojawił się pierwszy firn, po którym jazda była bardzo przyjemna. Z dolnej stacji podwójnego krzesełka położonego poniżej czterosobowego idącego na szczyt lodowca zrobiliśmy turę na fajny szczyt. Około 1,5 godziny podejścia i super przyjemny zjazd. Po drodze spotkaliśmy dwójkę Czechów walczących na tym samym zboczu. Tego dnia całej piątce udało się założyć własny ślad.  Na Molltalerze jest jeszcze jedna super ciekawa opcja zjazdu, której ostatecznie nie udało nam się przetestować. Po wyjechaniu najwyższym wyciągiem na szczyt Sharecka po drugiej stronie zbocza jest wielokilometrowy zjazd do ośrodka Sportgestein. Ostatecznie nie zdecydowaliśmy się
na ten zjazd, po pierwsze ponieważ lokalsi, których pytaliśmy o niego twierdzili, że jest tam dość niebezpiecznie pod względem lawin, a w tym temacie nie byliśmy wystarczająco przygotowani a po drugie logistyka powrotu wydawała nam się dość skomplikowana. Potem okazało się, że wystarczy dostać się do Bad Gastain i stamtąd przejechać koleją długi tunel i w Ankogel złapać skibusa do Flattach. No cóż, zostało nam coś na przyszłe wyjazdy…
 
Ankogel
 
Ten ośrodek został naszym ulubionym. Po każdym dniu spędzonym na zatłoczonym Moltalerze jechaliśmy właśnie tam aby odsapnąć od tłumów. Cały ośrodek to po prostu dwie długie, lekko oldschoolowe kolejki (nie gondolki), które startują z 1200 m n.p.m. i wyjeżdżają na prawie 2 700, do tego dwa orczyki w górnej partii i już. Trasą na sam dół jedzie się około 8 km, a nas od razu zainteresowała pewna sąsiadująca dolinka, do której ze szczytu można było dotrzeć trawersując bardzo długo w prawą stronę. W całym ośrodku dziennie jeździło może 100 osób a freeride uprawiały tam tylko pojedyncze mini grupki. Jednego dnia spotkaliśmy bardzo sympatycznych Skandynawów, którzy podobnie jak my byli zachwyceni urokiem tego miejsca, oraz dwóch lokalsów na szerokich nartach, którzy pokazali nam ten trawers do rzeczonej dolinki. Rzadko zdarza się okazja do przywyciągowego freeridu w zupełnym odludziu w kilkukilometrowej dolinie, która w dolnej części po prostu łączy się z trasą, dzięki czemu wygodnie, po około kilometrze można dotrzeć do kolejki. Nawet wspomniana regularna trasa w Ankogel spodobała nam się tak, że zjechaliśmy nią wielokrotnie, a taki poranny 8 kilometrowy non stop na sam dół był świetną rozgrzewką i dobrym początkiem dnia. Z resztą co to za grzech zjechać trasą na której nikogo się nie spotyka.
 
Heiligenblut
 
Wiem, że chwile wcześniej w tym ośrodku odbył się Polish Freeride Open, więc pewnie wiele osób już zna to miejsce, więc tylko napisze, że bardzo przypadły nam do gustu obydwa orczyki, w dwóch najdalszych krańcach ośrodka. Zrobiliśmy z nich parę fajnych linii i choć ze wszystkich czterech poznanych miejsc tutaj opcji przywyciągowego freeridu było chyba najmniej, to i tak ośrodek całkiem się nam spodobał. Ciekawą opcją zjazdu jest też skiruta łącząca obie doliny, z których składa się ośrodek. Niestety trafiliśmy akurat na najcieplejszy dzień, więc przy plus kilkunastu stopniach wszelkie opcje jazdy poniżej 2,5 tys. metrów odpadały w przedbiegach. Po 8 dniach ostrego tłuczenia zapakowaliśmy się w samochód i znowu w 10 godzin wróciliśmy do Krakowa. Ta bliskość i łatwość dojazdu podsunęła nam myśl by w przyszłym sezonie wrócić tu na krótki, choćby 4 dniowy wypad „na prognozę”. Niech tylko sypnie! 
 
Tekst i zdjęcia:
Filip Lenart

Karyntia- moc możliwości
Karyntia- moc możliwości
Karyntia- moc możliwości
Karyntia- moc możliwości
Karyntia- moc możliwości
Karyntia- moc możliwości
Karyntia- moc możliwości
Karyntia- moc możliwości
Karyntia- moc możliwości
Karyntia- moc możliwości


Nasi partnerzy